Tworzyć dla dzieci

Bez ogonków i dwuznaków, czyli o pisaniu do serii
„Czytam sobie”


Żeby można było „czytać sobie”, najpierw trzeba napisać to, co ma być czytane. A jak napisać? Bez „ogonków”, a więc bez „ą”, „ę”, „ó”, bez dwuznaków i zmiękczeń. Napisać sobie? Raczej innym. Chociaż takie pisanie jest też ćwiczeniem dla samego siebie. I odkrywaniem na nowo, jak niezwykły jest język polski – piękny i pełen niespodzianek.

Napisanie książki do serii „Czytam sobie”, zwłaszcza tej najkrótszej, z pierwszego poziomu, dla dzieci dopiero zaczynających czytać, to prawdziwa łamigłówka. Tekst, poza brakiem słów z ogonkami, dwuznakami i zmiękczeniami, nie może też zawierać dialogów (te dozwolone są od drugiego poziomu). A przecież taka pierwsza książka do samodzielnego czytania powinna być tak samo wciągająca, pełna przygód i niespodzianek, jak każda inna!
Powstaje pytanie, jak napisać pełen napięcia tekst, w którym nie można zawrzeć przeczenia „nie” oraz większości czasowników w formie bezosobowej (zakazane jest więc „czytanie”, „bieganie” oraz wszelkie inne „robienie” czegoś). Karkołomne jest pisanie zarówno o „przyjaźni” - bo przez podstępne „rz” oraz „ni” nie można w ten sposób nazwać tej relacji – jak też o „nienawiści”. Odpada „przygoda”, „niespodzianka” i „zaskoczenie”. Bohaterowie nie mogą „mówić” ani „krzyczeć”. Co w takim razie mogą? Jak opisać  zdarzenia bez „rz” i „ni” i sprawić, żeby czytelnik polubił świat opisany „bez ogonków”?

Każdy autor ma zapewne własny sposób na poradzenie sobie z takim wyzwaniem. Dla mnie, jak przy każdej innej książce, kluczem jest bohater. Najpierw wymyślam postać, o której mogłabym pisać i nadaję jej jakieś cechy charakteru. W przypadku „Czytam sobie” różnica jest taka, że nie mogę obdarzyć bohatera dowolnym imieniem. Nie mogę pisać o „Maćku” lub o „Basi”. Za to troll Alojzy nadaje się jak najbardziej!
Już przy pisaniu pierwszej książki do serii zorientowałam się, że podstawowym problemem jest niemożność opisania sytuacji poprzez przeczenie. Dopiero pozbawiona możliwości użycia „nie” odkryłam, jak wiele rzeczy, zjawisk lub osób określa się poprzez napisanie, jakie „nie” są, czego „nie” mogą robić, jak się „nie” zachowują lub czego „nie” lubią. Gdy odpada możliwość prostego przeczenia, trzeba znaleźć inny sposób budowani napięcia.

Poszukiwania odpowiednich słów to wspaniałe ćwiczenie dla wyobraźni. Bo nie chodzi tylko o pisanie „zawołał” zamiast „powiedział”, ale o to, żeby użyte słowa nie wydawały się sztucznymi  zastępnikami tych właściwych. Dlatego od samego początku każde zdanie piszę z użyciem już odpowiednich słów. W ten sposób unikam „tłumaczenia” tekstu z ogonkami na inny język. Czasem zdarza się, że przegapię jakieś zmiękczenie – najbardziej podstępne jest „ni”, które wydaje się czaić w prawie każdym słowie – i wtedy muszę szukać czegoś w zamian. Jednak w większości przypadków staram się, żeby historia była od samego początku opowiedziana tymi słowami, które potem zostaną wydrukowane. Takie podejście do tekstu powoduje, że ogromna część pracy dokonuje się w głowie, zanim jeszcze całość zostanie wklepana w komputer lub zapisana na kartce.
Po jakimś czasie mózg przyzwyczaja się do wynajdywania odpowiednich słów. Coś, co początkowo wydawało się niemal niemożliwe, staje się łatwe i naturalne. Z czasem może być nawet tak, że tekst do całkiem innej książki zaczyna się tworzyć bez użycia słów ze zmiękczeniami i dwuznakami. Początkowa trudność otwiera na nowe możliwości, staje się przygodą dla piszącego, wymusza zastanowienie się nad językiem i nad tym, co tak naprawdę chce się czytelnikowi opowiedzieć.
Pisanie książek do serii „Czytam sobie” to niezwykłe ćwiczenie, które daje możliwość zaskoczenia samego siebie. Jeśli chcesz, czytelniku, zmierzyć się ze skalą trudności tego zadania, przejrzyj uważnie powyższy tekst. Wyłap wszystkie słowa, w których występują „ą”, „ę”, „ó”, „ch”, „cz”, „sz”, „rz”, „dż”, „dź”, znajdź też słowa ze zmiękczeniami. Wykreśl je i zobacz, co zostanie. Spróbuj wyobrazić sobie, że to wszystko, co zostało tu napisane, trzeba opowiedzieć na nowo, bez użycia wykreślonych słów. A potem odetchnij, bo na szczęście umiesz już czytać i możesz cieszyć się wszystkimi „ogonkami” bezkarnie. Ci, którzy dopiero zaczynają czytać, też je kiedyś poznają i zagłębią się w piękny, szeleszczący świat polszczyzny. Dobrze, że mogą wejść do niego łatwiejszą ścieżką, pozbawioną pułapek dwuznaków.

Zofia Stanecka


© Egmont Polska